A jednak odchudzam się

A jednak odchudzam się

Mieszkam nad morzem. Konkretniej to w Gdańsku. Gdy spotykam ludzi i im mówię, że nie jestem turystką, tylko właśnie tutaj mieszkam, zwykle wpadają w zachwyt. – To pewnie codziennie chodzisz na plażę? – pytają.
Też bardzo lubię Trójmiasto. Wstaję codziennie rano, podciągam rolety i patrzę przez okno. Jakaś autentyczna włoska pizzeria, przystanek komunikacji miejskiej, tania księgarnia, kameralna siłownia. Gdańsk to dobre miejsce do życia. Choć jak się zaraz przekonacie, potrafiłam je znienawidzić. Nie z jego winy.

Po co się odchudzać?

Gdy jest ciepło, lubię chodzić w tank topach i krótkich spodniach. Jak każdy. Nie miałam problemu z tym, że widać u mnie dodatkowe kilogramy – zdaję sobie z tego sprawę, że moje ciało nie było i nie jest idealne. Czasami tylko, gdy wychodziłam ze znajomymi na plażę, czułam się trochę głupio. Miałam wrażenie, że wszyscy są zanadto idealni, tylko ja się zapuściłam. Gdy wysyłano mnie po piwo, wydawało mi się, że wszyscy na mnie patrzą. A widząc handlarza, który sprzedawał lody, najpierw wyciągałam portfel i wstawałam ze swojego koca, a potem zawracałam w połowie drogi do niego. Lody? To przecież dodatkowe kalorie.

Ale poza takimi sytuacjami, to w sumie nigdy nie miałam problemu ze swoją wagą. Może odmawiałam sobie lodów, ale dobrego jedzenia – nigdy. Byłam zdania, że nie ma co przechodzić na męczące diety. Obserwowałam wiele moich koleżanek, które z dnia na dzień rozpoczynały przygodę z drakońskimi jadłospisami i przez parę dni miały naprawdę zły humor. Nie dało się z nimi współpracować, a każda rozmowa kończyła się narzekaniem na dietę. O wychodzeniu na miasto mowy nie było! Żyłam więc w przekonaniu, że dieta nie jest dla mnie. Po co się męczyć, skoro wokół jest tyle dobrego jedzenia?

Każdy chodzi na siłownię

Aż do tego weekendu. Niedawno siedziałam na plaży ze znajomymi z liceum. Wszyscy byliśmy w tym samym wieku. W pewnym momencie jedna z koleżanek zaczęła się chwalić, że stara się schudnąć. Wyliczała: fitness, pływanie, siłownia. Gdańsk pod tym względem, jak się okazało, oferuje całkiem sporo. I nagle się okazało, że wszyscy z naszego towarzystwa w jakiś sposób starają się utrzymać zdrowy tryb życia. Każdy się chwalił siłowniami, jedzeniem zdrowych i ekologicznych rzeczy, unikaniem kebabów…

Spojrzałam na siebie. Jak wiecie, na plaży, gdy się siedzi w kostiumie kąpielowym, ciężko ukryć niedoskonałości – zwłaszcza te związane z wagą. Nigdy nie przepadałam za sportami, granie w koszykówkę czy siatkówkę na szkolnych lekcjach wychowania fizycznego było dla mnie jakąś kosmiczną męczarnią. Ale poczułam jednak pewien wstyd, że nawet nie próbuję. Wydawało mi się, że niezauważalnie przytyłam mnóstwo kilogramów i że muszę naprawdę źle wyglądać.

Dosyć szybko opuściłam to spotkanie i zaczęłam iść na przystanek komunikacji miejskiej. Miałam naprawdę zły humor, a ten spacer tylko go pogorszył. Gdziekolwiek bym nie spojrzała, tam była jakaś pływalnia, ośrodek sportu i rekreacji, centrum fitness, siłownia. Gdańsk nagle zaczął wyglądać jak najbardziej mi wrogie miasto na świecie.

Pierwszy raz na siłowni

Postanowiłam – będę chodzić na siłownię. Zapoznałam się z ofertą karnetów, coś kupiłam… Okazało się, że nie mam żadnego stroju sportowego. Niebawem ruszam więc na zakupy, a potem nieodwołalnie, pierwszy raz w życiu na siłownię. Nawet dostanę własnego trenera personalnego! Mam nadzieję, że to wypali. Trzymajcie kciuki!